Ostatnie wpisy
Zakładki:
Dzieci z pasją
Forumy
Inne
Moje ulubione
Nasze podróże
Smacznie
Zamknięte
Zręcznie
Tagi
|
życie rodzinne
piątek, 18 maja 2012
Swan story - 2
Łabądki nadal niewyklute ale za to łabędzica prezentuje się w bardzo ładnych okolicznościach przyrody.
Przypomnę, że to nasz widok z okna. Codzień obserwujemy gniazdo łabędzie i czekamy na brzydkie kaczątka. Znowu
Znowu go szafka zaatakowała. Leży sobie synek spokojnie, a tu mu szafka na głowę wchodzi. Jak ona mogła??!!!??? Ratunku!!!
czwartek, 17 maja 2012
Zamek w Grodnie
Drugiego dnia naszej wycieczki w Góry Sowie odwiedziliśmy zamek w Grodnie. Już na wejściu nasze księżniczki wyprosiły korony (wianki), rycerz poprosił o łuk. Iwonka ponoć od dawna jest księżniczką (Mamo, kiedy my wreszcie w tym zamku zamieszkamy?), Ewcia dopiero zgłębia to zagadnienie, ale korona obu dziewczynkom przypadła do gustu. Zdjęć zamku samego jakoś nie mam, mam tylko nas z oczekiwania na przewodnika... upał był niemiłosierny, na szczęście w zamku panował miły chłodek, aż za miły :-) A bluzy zostały w autku :-)*
Weszliśmy na wieżę z widokiem na skały, z których wg legendy Małgorzata zrzuciła obiecanego sobie męża (starego dziada). Legendę tą Dominika potem opowiadała w kółko Iwonce. Ja słyszałam ją z 10razy, ciekawe ile razy jeszcze ją powtórzyła ;-) Za zakrętem zalewu jest zapora, kolejny punkt naszej wycieczki. W ramach ogrzewania rąk Grześ ubrał piotrusiowe getry chustowe:-)
Nie przewidzieliśmy tylko, że na zamku spędzimy pół dnia. Zorganizowano tam wioskę rycerską, pochowane w sakiewkach skarby dla dzieci, konkursy z nagrodami. Co zbieraliśmy się do wyjścia, to dzieci grzęzły w kolejnym konkursie... po drodze panowie się orzeźwiali...
panie również skosztowały różowego soczku...
a najmłodszy królewicz i obiadek wciągnął :-)
Do zapory było daleko. O mało co, przed ostatnim zakrętem nie zrezygnowaliśmy. Potem nastąpił mały bunt na pokładzie, bo nie było gdzie usiąść. Na szczęście zaraz znaleźliśmy polankę, idealną do odpoczynku.
Drogę powrotną urozmaiciliśmy sobie spacerem po torach. Baardzo przyjemnym i malowniczym spacerem. Tatuś był zachwycony:-)
Dzień okazał się bardzo udany. Niby tylko zamek i tama, a nogi nam odpadały. Oczywiście wystarczyło 10minut w samochodzie, by dzieci odzyskały energię i cały wieczór spędziły na bieganiu wokół 'drewnianego domku, a potem na ognisku :-) *następnego dnia bluzy wzięłam to zmoczył nas delikatnie deszcz. Kolejnego dnia zabrałam tez kurtki (ledwo się zmieściły w moim małym plecaczku, to Ewcia wpadła pupą w błoto. Ja oczywiście majtek dla niej nie miałam. Wniosek? Nie da się zabrać wszystkiego :-) Pierwszy egzamin
Wow. Nie wiem jak to się stało, ale znowu uzależniłam dziecko od piersi. Ewa szybko załapała zasypianie bez mamy (tzn. bez piersi), a Piotruś, jako kolejne z serii zachowań pogrzesiowych, zasypia tylko przy piersi... iiii postanowiłam coś z tym zrobić. Od kilku dni podczas zasypiania włączałam pozytywkę, kładłam mu koło buzi pieluszkę i pierś do tego. A dziś, gdy trochę już wypił, przypomniało mi się o pieluszce, która leżała na drugim końcu łóżka. Odessałam małego, opatuliłam pieluszką, a on wtulił się w nią i zasnął:-) Może to jednorazowe ale i tak cieszy :-) Dziś też synek zerwał z przydomkiem 'niezostawialski'. Wszystko robiłam z nim. A jak wyjątkowo spał gdy gdzieś musiałam wyskoczyć i zostawiłam go w domu, to zawsze po powrocie zastawałam zapłakane dziecko i odechciewało mi się wyjść. Dziś mieliśmy z Grzesiem egzamin do klasy pływackiej i mama zaoferowała się pomóc. Piotruś akurat w dobrym humorze, świeżo obudzony, z obiadkiem w miseczce został... i o dziwo, po dwóch godzinach, gdy wróciliśmy nadal nie płakał :-) I tu dochodzę do clue dzisiejszego dnia. Egzaminu. To chyba pierwszy egzamin Grzesia. Na szczęście taki teoretycznie bezstresowy, bo sami nie wiemy czy chcemy do tej klasy iść. Grześ na początku sam to wymyślił, potem mu się odechciało, bo polubił swoja klasę. Wytłumaczyłam mu, że połowa klasy idzie do pływackiej i namówiłam na podejście do egzaminu. Myślałam, że teraz to moja fanaberia, ale chciałam go sprawdzić, a jednocześnie pokazać, że jeśli jego argumentem na nie jest brak kolegów to się myli. Przed samym egzaminem okazało się, że jednak nie tylko ja cieszę się na egzamin, że Grześ znów chce być w klasie pływackiej, ale tez że oboje się stresujemy. Szkoda, że wcześniej nie wykazał chęci, bo nie przygotowywaliśmy się wogóle. Przepłynął ładnie, ale w brzuszkach, skłonach czy podciąganiu na drążku nie jest orłem :-) Na takim specjalnym bilansie 7mio latka w poniedziałek właśnie z brzuszków 'oblał'. Na szczęście okazało się, że on po prostu nigdy brzuszków nie robił, i teraz udało mu się zrobić kilka, ale widziałam lepszych ;-) W każdym razie stres nam juz opadł. Jak się dostaniemy to pomyślimy co dalej, jak nie to tez dobrze :-) Pół klasy w eF (pływackiej), pół klasy w A. W każdej z nich będzie miał fajnych kolegów :-)
środa, 16 maja 2012
Zaległe
Zaległe z Piotrusiowego wpisu :-) Jedną z ulubionych zabawek ostatnio są butelki. Zwłaszcza takie z resztka wody, która mieni się podczas potrząsania. W Bookafce robiliśmy grzechotki z butelek, chyba muszę mu domową taką zrobić :-) Piotruś z brokułkiem.
Tu sesja zdjęciowa z pomocnikiem w tle :-)
A kolejnego wpisu wyjazdowego nie zdążę, bo do kina lecę :-) Nie pamiętam czy kiedykolwiek wcześniej byłam tak 'na bieżąco' z filmami. Uwielbiam multibabykino :-) Ja tu klikam, a Piotruś na podłodze rampluje... właśnie nogami wjechał pod szafkę i nie wie co dalej. Lecę go ratować.
piątek, 11 maja 2012
czwartek, 10 maja 2012
Piotruś - 7miesięcy
Leciutko spóźniony wpis, ale zdjęcia zrobione dokładnie w terminie. Siedmiomiesięczny Piotruś ma już dwa zęby. Odkryte na wyjeździe, tydzień przed skończeniem 7miu miesięcy. Oczywiście zęby te nie pomagają mu jeszcze gryźć, bo są malutkie, ale i tak synek dostaje już często do rączki kawałek ziemniaka, brokuła czy bułę. Dostał w prezencie gryzaczek do owoców i z zapałem zajada banany, gruszki i jabłka. Nie mogę się doczekać kiedy wreszcie pojawią się inne owoce. Drugą nowością są kąpiele w prawdziwej wannie. W górach mieliśmy głęboki brodzik i tam spróbowaliśmy jak to jest. W wiaderku zrobiło się ciasno i właśnie rozważałam czy wyciągać małą wanienkę czy damy radę bez. Dodatkowym atutem dużej wanny jest towarzystwo. Zawsze znajdzie się chętny do zabawy. Odnośnie mojego odwiecznego tematu czyli przewracania, a raczej jego braku, to jest mały postęp. Do pani reha nie zadzwoniłam i odłożyłam to na powrót z gór, a teraz już kilka razy Pio sam się obrócił, a także na brzuszku leży dużo dłużej, kręcąc się wokół własnej osi i sięgając do zabawek. Jakoś tak pozytywniej to wygląda ;-) W górach Pio królował w chuście. Tak mu się to spodobało, że wybiera teraz chustę zamiast wózka (z czego skrzętnie korzysta Ewa). Kocham moją chustę i sprawdziła się super, ale dzięki pomocy z forum chustowego odkryłam coś nowego. Tongę. Tonga to chusta troszkę jak kółkowa, ale zrobiona na wzór takich kiedysiejszych siatek na ziemniaki. Mała, siateczkowa, mieści się w kieszeni, a potrafi podtrzymać dziecko. Na moje codzienne dojazdy do szkoły i bieganie potem z tymi 9cioma kilogramami po szkole idealna. Jak tylko zdecyduje się na kolor to zamawiam :-) Synek coraz więcej gada. Na wyjeździe nauczył się mówić tatatatata :-) Jak po całym dniu w chuście lądował w foteliku samochodowym to zadowolony machał nóżkami i powtarzał tylko ta-ta-ta ;-)
Ps. Tylko na tyle zdjęć starczyło mi miejsca na blogu... w późniejszym terminie uzupełnię :-) Wielka Sowa
Pierwszego dnia poszliśmy na oczywistą wycieczkę czyli na Wielką Sowę. Przez okno był upał, ale na dworze wiało strasznie. Poubierani w polary, czapki i chustki nadal marźliśmy. Ewa przez pierwsze pół godziny chciała wracać... ale jak schowaliśmy się w lesie zrobiło się cieplej i przyjemniej.
Na tej trasie schroniska są co krok, więc motywatory były łatwo dostępne :-)
Na szczycie jest piękna biała wieża. Weszli na nią tylko chłopacy, bo przy tym urywającym głowy wietrze nie wierzyłam, ze Ewie się spodoba. My za to na dole spotkałyśmy wspomniana już Iwonkę. Więcej Ewie do szczęście nie było potrzebne:-)
Spacer w dół z Iwonką i jej mamą bardzo przypadł dzieciom do gustu. Grzesiowi przypomniała się zabawa z poprzednich wyjazdów w pociąg, każdy trzymający sie kija jest wagonikiem, a tatuś lokomotywą... i tak 'zjechaliśmy' na dół. :-)
środa, 09 maja 2012
Góry Sowie
Muszę powiedzieć, że mimo wielu obaw, zmęczenia codziennością z trójką, Świętami, chrzcinami i tak dalej... wyjazd był bardzo udany. Pamiętam, że wyjazd z 5miesięczną Ewą w Bieszczady, który nota bene wspominam jako idyllę, początkowo nie był łatwy. Mówiłam wtedy, że bardziej odpoczywam w domu niż na wakacjach:-) Bałam się, że tym razem początek będzie jeszcze trudniejszy. A tu niespodzianka :-) Wyjechaliśmy z domu o 4tej rano i zanim dzieci się obudziły mieliśmy już pół drogi z głowy. Drugie pół niestety zajmowało nam duuuuużo więcej czasu, bo bezsmokowy Pio wymagał dostosowania czasu jazdy do jego drzemek. Robiliśmy więc dłuuugie przerwy, spacery, bieganie, place zabaw itd. W drodze powrotnej wyjazd o 4tej okazał się ciężki, bo przywitała nas mega mgła, ale w sumie wyszło fajnie, bo dwa postoje trafiły nam się w ciekawych miejscach. Raz Ewa wymiotowała zaraz koło ciekawego grodziska (tatuś był zachwycony, ale i nam się podobało- Grzybowo k/Wrześni). Drugi raz Pio wymusił postój w Strzelnie, przy rotundzie św. Prokopa. Sama Chata pod Sową okazała się bardzo dobrym wyborem. Właściciele poznali się w tej chacie i od kilku miesięcy byli jej właścicielem. Sami się śmiali, że aktualnie to ich hobby i tak właśnie się zachowywali. Niesamowicie sympatyczni, w pełni zaangażowani w rozpieszczanie gości:-) Na śniadanie dzieci dostawały goferki od 'babci' albo naleśniczki. Obiady były tak dobre, że mimo wcześniejszych planów jedzenia na trasie, codziennie lądowaliśmy na obiadku w Chacie pod Sową. Krokieciki z barszczem, pierogi z jagodami, placki ziemniaczane z gulaszem... mniam, pycha :-) Dużym plusem Chaty było też jej położenie, nie dość, że na szlaku na Wielką Sowę, to jeszcze do tego otoczona łąkami, na tyle oddalona od drogi, ze dzieci mogły spokojnie same biegać. To chyba im się podobało najbardziej. Jak tylko wracaliśmy ze szlaku i zjedliśmy obiadek, dzieci biegały wokół chaty, robiły ogródki na niby, puszczały bańki, grały w piłkę, strzelały z łuku... po prostu bajka. Dodatkowym niewątpliwym atutem Chaty było towarzystwo. Już pierwszego dnia poznaliśmy koleżankę z 'pokoju obok' z córeczką Iwonką, rok starszą od Ewy (a wyższą o dwie głowy chyba:-)). W każdym razie o Iwonce Ewa mówi nadal i czeka na jej odwiedziny. Iwonkę spotkaliśmy na naszej pierwszej wycieczce na Wielką Sowę, zeszliśmy z niej razem i od tej pory dziewczyny ciągle bawiły się razem. Ewa zagadana z Iwonką, albo zasłuchana w bajki cioci Dominiki, szła przed siebie bez marudzenia. Zapominała o nosiłkach. Były to jednak dla niej takie emocje, że potem w nocy budziła się z płaczem. Nie zawsze więc jeździliśmy na wspólne wycieczki. Iwonce chyba też przypadliśmy do gustu, bo zyskaliśmy miano 'ulubionej rodzinki' :-) Grześ na szczęście też odnajdywał się w zabawach z dziewczynami. Na początku była jeszcze jedna dziewczynka, Ula, która chętnie z Grzesiem grała w piłkę i strzelała z łuku. Potem przyjechali nawet jacyś chłopcy, ale niestety w zgranej grupce i kolejny kolega nie był im potrzebny:-( Na szczęście Grześ nie narzekał jakoś na brak towarzystwa. Ogólnie synek sprawdził się niesamowicie. Chodzi po górach jak stary, nie narzeka. W podróży tez nie jest problemem. Wszystkim zainteresowany stał się fajnym kompanem wycieczek. Ufff, rozpisałam się... to tak ogólnie. Reszta jutro :-) Na razie zdjęcia z podróży :-) tzn. z postojów. Gniezno - śniadanko i wyścig na hulajnodze
Nawet parowozik jakiś po drodze spotkaliśmy :-)
Grodzisko w Grzybowie - my to te mróweczki biegające wewnątrz, tatuś zwiedza wały. Bardzo polecamy wystawę w środku bramy. Przygotowana dla dzieci, można wyciągać różne szufladki z przykładowymi znaleziskami archeologicznymi oraz poszukać własnych skarbów.
Rotunda w Strzelnie.
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||