Ostatnie wpisy
Zakładki:
Dzieci z pasją
Forumy
Inne
Moje ulubione
Nasze podróże
Smacznie
Zamknięte
Zręcznie
Tagi
|
życie rodzinne
środa, 16 maja 2012
Zaległe
Zaległe z Piotrusiowego wpisu :-) Jedną z ulubionych zabawek ostatnio są butelki. Zwłaszcza takie z resztka wody, która mieni się podczas potrząsania. W Bookafce robiliśmy grzechotki z butelek, chyba muszę mu domową taką zrobić :-) Piotruś z brokułkiem.
Tu sesja zdjęciowa z pomocnikiem w tle :-)
A kolejnego wpisu wyjazdowego nie zdążę, bo do kina lecę :-) Nie pamiętam czy kiedykolwiek wcześniej byłam tak 'na bieżąco' z filmami. Uwielbiam multibabykino :-) Ja tu klikam, a Piotruś na podłodze rampluje... właśnie nogami wjechał pod szafkę i nie wie co dalej. Lecę go ratować.
piątek, 11 maja 2012
czwartek, 10 maja 2012
Piotruś - 7miesięcy
Leciutko spóźniony wpis, ale zdjęcia zrobione dokładnie w terminie. Siedmiomiesięczny Piotruś ma już dwa zęby. Odkryte na wyjeździe, tydzień przed skończeniem 7miu miesięcy. Oczywiście zęby te nie pomagają mu jeszcze gryźć, bo są malutkie, ale i tak synek dostaje już często do rączki kawałek ziemniaka, brokuła czy bułę. Dostał w prezencie gryzaczek do owoców i z zapałem zajada banany, gruszki i jabłka. Nie mogę się doczekać kiedy wreszcie pojawią się inne owoce. Drugą nowością są kąpiele w prawdziwej wannie. W górach mieliśmy głęboki brodzik i tam spróbowaliśmy jak to jest. W wiaderku zrobiło się ciasno i właśnie rozważałam czy wyciągać małą wanienkę czy damy radę bez. Dodatkowym atutem dużej wanny jest towarzystwo. Zawsze znajdzie się chętny do zabawy. Odnośnie mojego odwiecznego tematu czyli przewracania, a raczej jego braku, to jest mały postęp. Do pani reha nie zadzwoniłam i odłożyłam to na powrót z gór, a teraz już kilka razy Pio sam się obrócił, a także na brzuszku leży dużo dłużej, kręcąc się wokół własnej osi i sięgając do zabawek. Jakoś tak pozytywniej to wygląda ;-) W górach Pio królował w chuście. Tak mu się to spodobało, że wybiera teraz chustę zamiast wózka (z czego skrzętnie korzysta Ewa). Kocham moją chustę i sprawdziła się super, ale dzięki pomocy z forum chustowego odkryłam coś nowego. Tongę. Tonga to chusta troszkę jak kółkowa, ale zrobiona na wzór takich kiedysiejszych siatek na ziemniaki. Mała, siateczkowa, mieści się w kieszeni, a potrafi podtrzymać dziecko. Na moje codzienne dojazdy do szkoły i bieganie potem z tymi 9cioma kilogramami po szkole idealna. Jak tylko zdecyduje się na kolor to zamawiam :-) Synek coraz więcej gada. Na wyjeździe nauczył się mówić tatatatata :-) Jak po całym dniu w chuście lądował w foteliku samochodowym to zadowolony machał nóżkami i powtarzał tylko ta-ta-ta ;-)
Ps. Tylko na tyle zdjęć starczyło mi miejsca na blogu... w późniejszym terminie uzupełnię :-) Wielka Sowa
Pierwszego dnia poszliśmy na oczywistą wycieczkę czyli na Wielką Sowę. Przez okno był upał, ale na dworze wiało strasznie. Poubierani w polary, czapki i chustki nadal marźliśmy. Ewa przez pierwsze pół godziny chciała wracać... ale jak schowaliśmy się w lesie zrobiło się cieplej i przyjemniej.
Na tej trasie schroniska są co krok, więc motywatory były łatwo dostępne :-)
Na szczycie jest piękna biała wieża. Weszli na nią tylko chłopacy, bo przy tym urywającym głowy wietrze nie wierzyłam, ze Ewie się spodoba. My za to na dole spotkałyśmy wspomniana już Iwonkę. Więcej Ewie do szczęście nie było potrzebne:-)
Spacer w dół z Iwonką i jej mamą bardzo przypadł dzieciom do gustu. Grzesiowi przypomniała się zabawa z poprzednich wyjazdów w pociąg, każdy trzymający sie kija jest wagonikiem, a tatuś lokomotywą... i tak 'zjechaliśmy' na dół. :-)
środa, 09 maja 2012
Góry Sowie
Muszę powiedzieć, że mimo wielu obaw, zmęczenia codziennością z trójką, Świętami, chrzcinami i tak dalej... wyjazd był bardzo udany. Pamiętam, że wyjazd z 5miesięczną Ewą w Bieszczady, który nota bene wspominam jako idyllę, początkowo nie był łatwy. Mówiłam wtedy, że bardziej odpoczywam w domu niż na wakacjach:-) Bałam się, że tym razem początek będzie jeszcze trudniejszy. A tu niespodzianka :-) Wyjechaliśmy z domu o 4tej rano i zanim dzieci się obudziły mieliśmy już pół drogi z głowy. Drugie pół niestety zajmowało nam duuuuużo więcej czasu, bo bezsmokowy Pio wymagał dostosowania czasu jazdy do jego drzemek. Robiliśmy więc dłuuugie przerwy, spacery, bieganie, place zabaw itd. W drodze powrotnej wyjazd o 4tej okazał się ciężki, bo przywitała nas mega mgła, ale w sumie wyszło fajnie, bo dwa postoje trafiły nam się w ciekawych miejscach. Raz Ewa wymiotowała zaraz koło ciekawego grodziska (tatuś był zachwycony, ale i nam się podobało- Grzybowo k/Wrześni). Drugi raz Pio wymusił postój w Strzelnie, przy rotundzie św. Prokopa. Sama Chata pod Sową okazała się bardzo dobrym wyborem. Właściciele poznali się w tej chacie i od kilku miesięcy byli jej właścicielem. Sami się śmiali, że aktualnie to ich hobby i tak właśnie się zachowywali. Niesamowicie sympatyczni, w pełni zaangażowani w rozpieszczanie gości:-) Na śniadanie dzieci dostawały goferki od 'babci' albo naleśniczki. Obiady były tak dobre, że mimo wcześniejszych planów jedzenia na trasie, codziennie lądowaliśmy na obiadku w Chacie pod Sową. Krokieciki z barszczem, pierogi z jagodami, placki ziemniaczane z gulaszem... mniam, pycha :-) Dużym plusem Chaty było też jej położenie, nie dość, że na szlaku na Wielką Sowę, to jeszcze do tego otoczona łąkami, na tyle oddalona od drogi, ze dzieci mogły spokojnie same biegać. To chyba im się podobało najbardziej. Jak tylko wracaliśmy ze szlaku i zjedliśmy obiadek, dzieci biegały wokół chaty, robiły ogródki na niby, puszczały bańki, grały w piłkę, strzelały z łuku... po prostu bajka. Dodatkowym niewątpliwym atutem Chaty było towarzystwo. Już pierwszego dnia poznaliśmy koleżankę z 'pokoju obok' z córeczką Iwonką, rok starszą od Ewy (a wyższą o dwie głowy chyba:-)). W każdym razie o Iwonce Ewa mówi nadal i czeka na jej odwiedziny. Iwonkę spotkaliśmy na naszej pierwszej wycieczce na Wielką Sowę, zeszliśmy z niej razem i od tej pory dziewczyny ciągle bawiły się razem. Ewa zagadana z Iwonką, albo zasłuchana w bajki cioci Dominiki, szła przed siebie bez marudzenia. Zapominała o nosiłkach. Były to jednak dla niej takie emocje, że potem w nocy budziła się z płaczem. Nie zawsze więc jeździliśmy na wspólne wycieczki. Iwonce chyba też przypadliśmy do gustu, bo zyskaliśmy miano 'ulubionej rodzinki' :-) Grześ na szczęście też odnajdywał się w zabawach z dziewczynami. Na początku była jeszcze jedna dziewczynka, Ula, która chętnie z Grzesiem grała w piłkę i strzelała z łuku. Potem przyjechali nawet jacyś chłopcy, ale niestety w zgranej grupce i kolejny kolega nie był im potrzebny:-( Na szczęście Grześ nie narzekał jakoś na brak towarzystwa. Ogólnie synek sprawdził się niesamowicie. Chodzi po górach jak stary, nie narzeka. W podróży tez nie jest problemem. Wszystkim zainteresowany stał się fajnym kompanem wycieczek. Ufff, rozpisałam się... to tak ogólnie. Reszta jutro :-) Na razie zdjęcia z podróży :-) tzn. z postojów. Gniezno - śniadanko i wyścig na hulajnodze
Nawet parowozik jakiś po drodze spotkaliśmy :-)
Grodzisko w Grzybowie - my to te mróweczki biegające wewnątrz, tatuś zwiedza wały. Bardzo polecamy wystawę w środku bramy. Przygotowana dla dzieci, można wyciągać różne szufladki z przykładowymi znaleziskami archeologicznymi oraz poszukać własnych skarbów.
Rotunda w Strzelnie.
wtorek, 08 maja 2012
:-)
Wróciliśmy :-) Ale wpadłam na razie w kierat domowy. Pranie, zakupy, obiadek... do tego w międzyczasie gimnastyka... i już muszę po dzieci lecieć. Zgram zdjęcia i opiszę w wolnej chwili... Do tego Pio ma 7miesięcy i tez mu się wpisik należy. Zwłaszcza, że ma kilka niespodzianek w zanadrzu (tzn. w paszczy:-))
niedziela, 29 kwietnia 2012
Pozdrawiamy
spod samej Sowy :-) Dojechaliśmy o dziwo bardzo szybko. Dzieci grzeczne i zadowolone. Dziś udało nam się wejść na Wielką Sowę :-) Miały być upały, na szczęście jest też trochę wiatru. Dzieciom mniej się to podoba, ale dzięki temu upał da się wytrzymać :-) Ewa ma koleżankę Iwonkę, biaga cały dzień przed schroniskiem, a jak spotkaliśmy Iwonkę na Sowie to nie rozstały się już do samego schroniska. Dzięki towarzystwu zapomniała Ewcia o nosiłkach i prawie całą trasę zeszła na własnych nóżkach. Piotruś-chuścioszek co idziemy to śpi. Niestety co przystanek się budzi :-) -teraz włąśnie się obudził z drzemki więc uciekam.
środa, 25 kwietnia 2012
Pio plus Adaś
A po chrzcinach odwiedził nas jeszcze kuzyn Adaś. Piotruś wyciąga do Adasia rączki, Adaś robi mu aja-aja... (a czasem cacy-cacy-bumpoglacy)
22.04.2012 chrzciny
Uff. Były. Słoneczko dopisało. Daliśmy radę organizacyjnie. Tylko aparat w tym całym zamieszaniu spędził większość czasu w wózkowym koszyku :-) Trójeczka to jednak dla mnie nadal wyzwanie. Posprzątać, ugotować i oporządzić wszystkie łobuzy nie jest łatwo. Nie wiem jak to się stało. Niby w święta miało być pełno chrztów, a potem już spokój... a tu 8mioro dzieci przed kościołem zastaliśmy. Do tego ich rodziny, nasza trójeczka, naszych chrzestnych trójeczka, trójeczka pani z placu zabaw (jeszcze z nią nie rozmawiałam, ale dziś Mariusz się z nią zapoznał w temacie przedszkola).... w efekcie dzieci tłum... a ksiądz wspaniałomyślnie odczytał mega długi list... nawet nie wiem czyj list, bo Piotruś chciał jeść/spać/bawić się itd. do tego Ewcia mi podtykała kwiatki do wąchania... trudno się skupić na liście. Piotruś wytrzymał, choć oczywiście nie zasnął jak było w planie. Zasnął przed samym wyjściem, ale już w kościele się obudził. Potem zasnął pod koniec mszy (cieszyłam się, że choć na obiad będzie fajnie jak pośpi), ale obudził się po 10minutach w domu. Ja to chyba nadal zmęczona jestem, bo mimo, że było naprawdę miło, wykrzesać pozytywnego postu coś nie mogę... zwalę wszystko na pogodę, bo deszczowo dziś i nic się nie chce. Na szczęście od jutra ma być ładnie, zaczynamy pakowanie na długi weekend... :-)
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||